Niepodległość się nam, Polakom, należy, jak psu buda. Pod takim zdaniem każdy się
podpisze z głębokim przekonaniem. Ale zadajmy, proszę, tak z głupia frant, jedno proste
pytanie: a właściwie dlaczego? Z jakiej racji? Czym sobie Polacy na prawo samostanowienia
zasłużyli?
Już słyszę, że powstania, że Westerplatte i Monte Cassino, zabory i rozbiory, trudy, ofiary
i tak dalej. Nie, kochani, proszę was bardzo - nie mieszajmy w to umarłych. Niech sobie
spokojnie spoczywają w Panu, szczęśliwi, że nie muszą oglądać tej wymarzonej wolnej
Polski, za którą dali się pozabijać. Mówmy o żywych, dzisiejszych Polakach, o tych
trzydziestu paru milionach, które jeszcze nie dały stąd nogi i popychają lepiej lub gorzej
swoje życiorysy na obszarze pomiędzy Odrą, Bugiem, południowym wybrzeżem Bałtyku a
pasmami Sudetów i Karpat. Czym oni zasługują na własne, niepodległe państwo,
uczestniczące w międzynarodowej polityce na prawach samodzielnego podmiotu? Tym, że
istnieją, mówią innym językiem i mają swoją odrębną historię?
Obawiam się, że to trochę za mało. Kurdowie także istnieją, mają swoją mowę,
zamieszkują na zwartym obszarze, a także złożyli w imię swojej niepodległości wiele
krwawych ofiar. To samo daje się powiedzieć o Ujgurach, Czeczenach, Tybetańczykach i
jeszcze paru innych nacjach, które, cokolwiek by tam gadano, wcale na niepodległość w
oczach świata nie zasługują i nikt im jej nie proponuje.
Nikt tego na głos nie powie, ale zasada samostanowienia narodów jest jedną z tych
pięknych zasad polityki międzynarodowej, która jej, owszem, przyświeca, tylko że nie
zawsze. Przyświeca, konkretnie, wtedy, kiedy nie wchodzi w sprzeczność z zasadą
ważniejszą. Jeśli wchodzi, to się o niej dyplomatycznie zapomina. Słowem, z tym
samostanowieniem narodów jest tak samo jak z demokracją: generalnie kraje rozwinięte
popierają demokrację, ale kiedy, na przykład, w Algierii demokratyczne wybory wygrali
fundamentaliści islamscy, to cały demokratyczny świat rzucił się popierać wojskowy reżim,
który tam demokrację obalił. Albo jak z prawami człowieka, o które potrafi Zachód narobić
wiele krzyku, gdy, na przykład, miejscowy reżim skaże za cudzołóstwo na śmierć obywatelkę
jakiegoś mało ważnego afrykańskiego kraiku - ale gdy podobne i większe okropności dzieją
się codziennie w sojuszniczej Arabii Saudyjskiej, Czeczenii, stanowiącej "wewnętrzną
sprawę" bratniej Rosji, albo w Chinach, z którymi lepiej nie zadzierać, to obrońcy praw
człowieka albo sami wiedzą, że powinni patrzeć akurat w inną stronę, albo nagle przestają
być zapraszani do telewizji.
strona 2
Muszę tu od razu zrobić zastrzeżenie, które dotyczyć będzie wielu stwierdzeń zawartych
w tej książce. Babrzę się w publicystyce od kilkunastu lat, piszę felietony, artykuły i polemiki
na bardzo różne tematy, i dobrze już to znam, że ilekroć o czymś, co wygląda ponuro, napiszę
rzeczowo, tak jak naprawdę wygląda, to słyszę od razu: ależ pan narzeka, ależ pan straszy,
czy wręcz - ależ pan pluje jadem, żółcią i pogardą. Zaproszono mnie, na przykład, do jakiejś
dyskusji o polskiej literaturze. Mówię, że w Polsce połowa obywateli nie czyta nic, a
przytłaczająca większość pozostałych jeśli w życiu wzięła do ręki jakąś książkę, to tylko
telefoniczną, że w związku z tym w naszym prawie czterdziestomilionowym kraju nakład
sprzedany książki literackiej 3000 egzemplarzy uchodzi za duży, a 10 000 to już bestseller.
Dla porównania, Czesi, których jest od nas ponad trzykrotnie mniej, drukują książki w
nakładzie podstawowym 5000 egzemplarzy (co sprawia, że polskiemu pisarzowi bardziej się
opłaca być przekładanym na czeski, niż wydawanym po polsku). Co tam Czesi, Litwini,
których jest trzy miliony, z czego jeden nie mówi po litewsku, a pozostałe dwa znają rosyjski
i mogą czytać wszystko w tamtejszych, masowych, a więc wielokrotnie tańszych wydaniach,
za nakład podstawowy uważają dwa tysiące. Na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia,
przechrzczonym bezsensownie na "Jarmark Europa" (bezsensownie, bo jest to akurat jarmark
Azja), nie znalazłem ani jednego stoiska z polskimi książkami; potrzeby kulturalne
miejscowych zaspokajają w zupełności pirackie kompakty i wideokasety, przeważnie zresztą
z pornosami. Znalazłem tam natomiast aż cztery wypożyczalnie książek rosyjskich. Aż tyle
jest potrzebne do obsłużenia handlujących przy barachołkach kacapów, w stosunku do
których przeciętny Polak żywi bezgraniczne poczucie cywilizacyjnej wyższości,
odreagowując na nich kompleksy niższości, jakie z kolei ma wobec Zachodu. Nie pytałem o
szczegóły, ale interesy w tych wypożyczalniach musiały iść nieźle, skoro oferowały nowości
sprzed miesiąca, nawet dwóch tygodni. A ile razy zdarzyło się Państwu widzieć polskiego
straganiarza czytającego w oczekiwaniu na klientów książkę?
Takie są realia i od tego trzeba rozmowę o polskiej literaturze zacząć. Tymczasem w
odpowiedzi słyszę: ach, pan tu kreśli czarny obraz, pan narzeka, no rozumiem, pan jest
rozczarowany, rozgoryczony, sfrustrowany, pan się obraża na Polaków, bo pana nie czytają, i
po dziesięciu minutach wszyscy w najlepsze dyskutują o objawionej przeze mnie frustracji
pisarza, który się nie cieszy taką popularnością, jaką by chciał, a do podanych przeze mnie
faktów i liczb nikt się w ogóle nie próbuje odnieść.
O czymkolwiek byłaby mowa - czy o literaturze fantasy, czy o reformach gospodarczych
(w III RP to zresztą tematy sobie bliskie) - miałem takich przygód zbyt wiele, żeby wzruszyć
na nie ramionami. Wydaje mi się, że w takich chwilach dotykamy jednej z głównych
przyczyn, dla których tak trudno w Polsce o sensowną i prowadzącą do jakichś wniosków
strona 3
rozmowę o naszej sytuacji i sposobach wybrnięcia z niej. Nie żyjemy w świecie realnym,
tylko w świecie mitów i stereotypów. Samo stwierdzanie faktów, które powinno być po
prostu ustalaniem obiektywnego stanu rzeczy i punktem wyjścia do dyskusji, jest tym samym
już traktowane jako polemika - polemika z naszym na niczym nie opartym, ale
powszechnym: a jakoś to będzie, nie jest tak źle, nie zginiemy. Świętej pamięci Kisiel
wspominał kiedyś, że pukano mu się w czoło i nazywano skrajnym defetystą, kiedy w
czterdziestym piątym nie podzielał powszechnej wiary, że najdalej za rok, dwa Amerykanie
wypowiedzą Ruskim wojnę, żeby nas wyzwolić; we wspomnieniu Janusza Tazbira znalazłem
wzmiankę o jego dziadku, który po klęsce wrześniowej jako jedyny, skrajny pesymista w
całej podłomżyńskiej okolicy, oburzył wszystkich obawą, że ta wojna może jeszcze potrwać
nawet ze dwa lata. Kolekcjonowanie innych, podobnych cytatów (zaręczam, że można ich
znaleźć w różnego rodzaju pamiętnikach mnóstwo) pozostawiam Czytelnikowi, jeśli mu się
oczywiście chce. Ograniczę się tylko do stwierdzenia faktu, że mamy w Polsce
niewiarygodną wręcz skłonność do głupkowatego optymizmu, który dawał nam wielką siłę w
chwilach narodowych katastrof (na tej zasadzie, że czyny bohaterskie najłatwiej przychodzą
idiocie, bo nie umie on ogarnąć rozmiarów grożącego mu niebezpieczeństwa), ale w rzadkich
momentach, kiedy odzyskamy niepodległość i moglibyśmy zacząć żyć i funkcjonować
normalnie, natychmiast wprowadza on nas w świat urojeń i fantomów, uniemożliwiając
rozsądną ocenę własnej sytuacji, a tym samym sensowne działanie. Otóż więc: będę pisał o
polskich sprawach z brutalną szczerością nie po to, żeby się oburzać, narzekać, protestować
czy temu podobne. Nie dlatego również, jakobym był cyniczny i lubił tym epatować, bo to nie
ja jestem cyniczny. Ja tylko stwierdzam fakty, a jeśli budzi to w Czytelniku jakieś reakcje
emocjonalne, to dlatego, że w Polsce przyjęło się nie przyjmować faktów do wiadomości.
Polityczne elity krajów, które takowe posiadają, od pokoleń praktykują sztukę dwójmyślenia,
dzięki której potrafią realizować swoje wąsko, a czasem wręcz egoistycznie i cynicznie
pojmowane interesy, motywując je różnymi wzniosłymi hasłami - i chyba nawet głęboko w
te hasła wierząc, dopóki oczywiście pozostają one wygodne. Polacy natomiast podchodzą do
polityki albo z naiwnością dziecka, albo z nieufnością ciemnego chłopa, który instynktem
czuje, że ktoś go chce zrobić w konia, ale kto i w jaki sposób - nijak nie jest w stanie pojąć,
więc na wszelki wypadek z góry jest obrażony na wszystkich. Obie postawy zresztą
wychodzą na jedno, bo nie rozumiejąc praw tej gry, jaką jest polityka międzynarodowa, ani
nawet nie rozumiejąc, że to gra, możemy w niej wygrać tylko sporadycznie i czystym fuksem.
Ostatni raz udało nam się paręnaście lat temu, a co z tą wygraną zrobiliśmy, o tym właśnie
jest ta książka.
strona 4
Świat ma swoje kryterium oceniania, który naród zasługuje na niepodległość, a który nie,
i nie ma to nic wspólnego z niepodległościowymi dążeniami tegoż narodu i jego ofiarami. Jest
to kryterium czysto praktyczne: na niepodległość zasługują takie kraje, z którymi mniej
będzie kłopotu, kiedy będą niepodległe. Jeśli ich niepodległość ma światu przysparzać
problemów, to niech lepiej rządzi nimi ktoś inny. Wiele, oczywiście, zależy tu od położenia
danego kraju. Gdy chodzi o jakiś zapomniany przez Boga i ludzi kawał afrykańskiego buszu,
to wygodniej było państwom zachodnim, zamiast ponosić koszty utrzymywania w nim
porządku, zabrać się stamtąd, skoro tylko posiadanie kolonii okazało się nie przynosić
spodziewanych korzyści, i nadać miejscowym Murzynom niepodległość - choćby oznaczało
to wydanie ich na pastwę ludożerców, sadystów i marksistów po moskiewskiej akademii
imienia Lumumby oraz uruchomienie lawiny plemiennych rzezi (oczywiście, Zachód nigdy
nie przyznał uczciwie przed samym sobą, że o to w tak zwanej dekolonizacji chodziło -
przyjemniej mu trąbić, jak to szlachetnie obdarował Czarne Ludy wolnością). Ale na przykład
niepodległy Kurdystan, Palestyna czy którakolwiek z krain kaukaskich byłyby z tak wielkim
prawdopodobieństwem państwami niestabilnymi, zagrażającymi spokojowi w regionie i
matecznikami międzynarodowego terroryzmu, że lepiej, by były okupowane, skoro
przypadkiem tak dobrze się składa, iż ma je kto okupować. Oczywiście, lepiej by było dla
świata, żeby każdy z tych narodów wytworzył własny reżim, zdolny utrzymać go w jako
takich ryzach. Takiemu reżimowi wybacza się wiele, jak wybacza się choćby
środkowoazjatyckim satrapom, bez których świat miałby z tamtym regionem niezły ból
głowy. No, oczywiście, tak w ogóle to by było najwspanialej, gdyby tamtejsze narody były w
stanie stworzyć demokratyczne państwa, szanujące przyjęte przez Zachód standardy wolności
obywatelskich i praw człowieka, ale skoro nie ma na to co liczyć, to trzeba się zadowalać
tym, co jest realne.
Gwoli sprawiedliwości trzeba zresztą zauważyć, nie brnąc zbyt daleko w rozważania na
ten temat, że ta gra interesów, nie mających nic wspólnego z moralnością, daje skutki na swój
sposób moralne. Międzynarodowy ład jest wartością, choćby dlatego, że zapobiega wojnom i
rewolucjom, a wojna i rewolucja gdziekolwiek się pojawi, kładzie kres wszelkiemu prawu i
rozwojowi. A rozwój jest potrzebny po to, żeby ludzie żyli z pokolenia na pokolenie lepiej,
żeby więcej dzieci dożywało dorosłości, a mniej dorosłych pozostawało w nędzy. Nędza
sprzyja terrorowi i zbrodni. A postęp cywilizacyjny, zwany potocznie globalizacją, sprawia,
że terror i zbrodnię coraz trudniej jest ogrodzić wysokim murem i machnąć ręką na cierpienia
bliźnich, którzy się za tym murem znaleźli. Tak właśnie swego czasu zrobiono z byłymi
koloniami w Afryce - od czasu do czasu posyłając im obłudnie darmową mąkę z nadwyżek,
stare ubrania i różne zbędne rupiecie, które, niszcząc popyt na rodzimą wytwórczość
(zarazem pozbawioną, wskutek protekcjonistycznej polityki państw bogatych, szans
sprzedaży za granicą), do reszty wykańczają tamtejszą gospodarkę i wpychają coraz większy
procent ludności w nędzę. I chętnie by tak postąpiono z innymi obszarami globu, gdyby
strona 5
zamach na WTC nie pokazał światu dobitnie, jak takie "dzikie pola" w dowolnym,
najbardziej nawet zapyziałym, punkcie kuli ziemskiej wykorzystać może zdolny i
pozbawiony skrupułów, a za to mający na swe zabawy trochę kasy terrorysta.
Polska to, oczywiście, nie Afryka ani Afganistan, ale sprawy mają się zasadniczo tak
samo - tylko na innym poziomie. Jesteśmy państwem bez porównania bogatszym i
stabilniejszym niż Zambia czy Afganistan. Ale też leżymy w punkcie świata, w którym
wymagania są bez porównania większe, niż wobec środkowej Azji czy równikowej Afryki.
Co do Zambii czy Afganistanu, światu wystarczy, żeby nie runęła nań stamtąd niemożliwa do
opanowana fala imigrantów, żeby żadni terroryści nie mogli tam bez przeszkód szkolić kadr i
produkować broni masowego rażenia, i, bardziej perspektywicznie, żeby nikt nie przeniósł
tam zakazanych przez prawo krajów cywilizowanych eksperymentów naukowych,
stanowiących "wyraźne zagrożenie" (clear and present danger, jak ujmuje to stosowna
formuła amerykańskiego prawa) dla bezpieczeństwa państw rozwiniętych. No, dobrze by
jeszcze było, aby nie miały tam miejsca masowe zbrodnie i katastrofy humanitarne, ale z tym
świat zawsze może sobie poradzić, tak samo jak z eksterminacją Czeczenii, po prostu nie
wysyłając w trefne miejsce kamer.
Wymagania wobec kraju środkowoeuropejskiego idą dalej: chodzi o to, żebyśmy nie
odstawali rażąco od sąsiadów. A więc, żeby Polska się rozwijała, żeby jej gospodarka dawała
pracę większości miejscowej siły roboczej, żeby egzekwowano tu prawo, nie czyniono
narodowej specjalności z handlu kradzionymi na Zachodzie dobrami materialnymi i spiraconą
własnością intelektualną, nie przemycano na masową skalę imigrantów i narkotyków, żeby
państwo polskie nie bankrutowało od czasu do czasu, tak jak przydarzyło się Argentynie, było
w stanie wybudować tranzytowe autostrady i szlaki kolejowe oraz dopilnować, aby
miejscowa ludność nie rozkradła niezbędnych do ich funkcjonowania urządzeń, uregulować
rzeki, dopilnować, aby nie zatruwano tu bardziej niż w krajach sąsiednich środowiska, aby nie
szwendały się tu setki tysięcy nie leczonych nosicieli HIV-a i gruźlicy. I jeszcze dobrze by
było, żebyśmy byli liczącym się partnerem w europejskiej wymianie gospodarczej, który ma
co sprzedać i ma za co kupić, i przyczyniali się w ten sposób do rozwoju całej Europy, która
nie zarzuciła jeszcze ambicji rywalizowania z coraz bardziej wyprzedzającą ją w rozwoju
Ameryką i coraz ostrzej wychodzącymi na pozycję drugiego światowego mocarstwa Chinami.
Żeby tutejsza ludność otrzymywała minimum niezbędnego dla funkcjonowania w cywilizacji
informatycznej wykształcenia. I żeby, oczywiście, miała Polska stabilny ustrój, spełniający
wszelkie pozory demokracji, i względny spokój społeczny.
Taki jest stan wymagań na dziś, pi razy drzwi absolutne minimum. Nie ma, oczywiście,
żadnych gwarancji, że nie ulegnie on zmianie. Mamy akurat to szczęście, że po dwóch
wielkich wojnach panuje na świecie, a zwłaszcza w Europie, względny spokój i nikt nie
zabiera się do przesuwania słupków granicznych. Zachodnia Europa wyludnia się, usiłuje
wyleźć ze stagnacji gospodarczej i poddać pewnej selekcji napływ imigrantów ze światowych
strona 6
centrów nędzy. Niemcy, których "Drang nach Osten" przysporzył tyle kłopotów naszym
przodkom, dziś borykają się z "ostflucht", ucieczką niemieckiej ludności ze wschodnich,
wyniszczonych socjalizmem landów na bogatsze tereny zachodnie, a Rosja, straciwszy rangę
światowego supermocarstwa, ma na razie dość kłopotów ze swoją gospodarką, demografią,
narodową tożsamością i "ludnością o kaukaskim wyglądzie", żeby starania o odzyskanie
kontroli nad swą dawną strefą wpływów odłożyć i ograniczyć do marzeń oraz prac studyjnych
(których jednak, skądinąd, nie zaniedbuje, podobnie, jak nie szczędzi kosztów na nic, co w
przyszłości może posłużyć odbudowie imperium). Słabowite, wiecznie na poły zdechłe
państwo polskie, stale zagrożone pomiędzy dwoma wielkimi drapieżnikami, zyskało od losu
chwilę spokoju. Mogłoby ją wykorzystać, aby się wzmocnić, urosnąć, nabrać sił i znaczenia,
bo nie wiadomo, jak długo ta laba będzie trwać.
Tylko że nie ma kto o tym myśleć. Nikomu nie spędza błogiego snu z powiek
świadomość, że "to co było, może przyjść". Rozwój w ogóle jest ostatnią rzeczą, o której
myślimy. Samo trwanie, byle do pierwszego, i tak staje się zadaniem ponad nasze siły. Nie
ma dwóch zdań, że gdyby w ciągu najbliższych dziesięciu lat krajom ościennym coś odbiło i
zapragnęły nas zaatakować, to sprawa Polska zostałaby załatwiona w ciągu 24 godzin (no,
gdyby atakowała armia litewska, to z uwagi na swą liczebność być może potrzebowałaby 48
godzin). Ale nie o tym przecież mówimy, nie o zbrojnej inwazji, bo to na razie nam nie grozi.
Mówimy o tym, że jeśli sprawy w Polsce będą dalej szły tak jak idą, to w ciągu najbliższych
dziesięciu lat ktoś po prostu będzie musiał odebrać Polakom kompetencje, które wydają się
ich przerastać, i zająć się zapewnianiem streszczonego wyżej minimum za nas.
Żebyśmy znowu utracili państwowość, nie trzeba żadnej wojny. Wystarczy, że kolejny
"chory człowiek Europy" w tym punkcie mapy jest staremu kontynentowi potrzebny jak
gwóźdź w zadku. Jeśli niepodległa Polska okaże się niezdolna do spełnienia minimalnych
oczekiwań, jakie ma wobec niej Europa i reszta świata, to sorry Winnetou, trzeba będzie
rozwiązać sprawę jakoś inaczej. Możliwe, że poprzez stopniową, niezauważalną kolonizację.
Już jakiś czas temu urzędnicy w Brukseli musieli przygotować własne założenia planu
rozbudowy polskich autostrad, bo z naszego Ministerstwa Infrastruktury nie mogli się
obiecanych papierów latami doprosić. Może więc Belgowie, Niemcy, Francuzi czy
ktokolwiek inny zechce też zreformować nam służbę zdrowia, zrestrukturyzować górnictwo,
hutnictwo i stocznie, zapewnić bezpieczeństwo na ulicach, wyprowadzić z wiekowego
zacofania rolnictwo i załatwić jeszcze parę innych drobiazgów, których Polacy, rękami
swoich własnych, demokratycznie wyłonionych rządów, załatwić od kilkunastu lat nie są w
stanie. Może skalkulują, że im się to opłaci.
Ale mogą też uznać, że bardziej opłaci się oddać ten przysparzający wiecznych kłopotów
kraj pod protektorat Rosji, zawsze chętnej zagwarantować, że w Warszawie znowu zapanuje
porządek.
strona 7
Donoszę - pisał Sławomir Mrożek w kpiarskim "Donosie do ONZ", w czasach, kiedy
Zachód, a zwłaszcza zachodnia Europa, traktował nas tak, jak dziś wspominaną tu już
kilkakrotnie Czeczenię - że Polacy to też Murzyni, tyle, że biali. W związku z tym należy im
się niepodległość. O niepodległość dla Murzynów faktycznie ONZ się wtedy, w 1982,
upominała, o naszą nie. Lubimy, co tu gadać, pławić się w takiej ironii. My dla nich, znaczy,
dla Zachodu, tyle robimy, a oni nam co? W 1920 powstrzymaliśmy bolszewicką inwazję na
Europę, a w 1939 Francja z Anglią w podzięce wystawiły nas do wiatru. Nasi piloci,
marynarze i strzelcy przelewali bohatersko krew, a zachodni dyplomaci po prostu sprzedali
nas w Jałcie Stalinowi, jak zajeżdżonego konia na kiełbasę. My do Unii Europejskiej z taką
miłością i oddaniem, a ona nas, zamiast przytulić do serca i wsunąć parę groszy w kieszonkę,
doi jak frajerów, a to utnie fundusze strukturalne, a to przydusi jakimiś normami, a to w inny
sposób odbierze, co wcześniej obiecała. My przy Ameryce wiernie u nogi, bez gadania
posłaliśmy do Iraku całe dwa tysiące żołnierzy (kto by tam pamiętał, że na koszt budżetu
USA), a ci nam nawet nie odpuszczą z wizami i pozwoleniami na pracę!
Stale skrzywdzeni, wystrychnięci na dudka i wydudkani na strychu, nabrani,
wykorzystani i oszukani. Tak się czujemy, i wcale nie mówię, że nie mamy się prawa tak
czuć. Ale z pławienia się w poczuciu krzywdy i przeżuwania doznanych zdrad niewiele
wynika. A już lubować się w tym, wzruszać się, że jesteśmy niewolnicą Isaurą narodów, to po
prostu zboczenie, jakiś cholerny, narodowy masochizm. Jeśli ktoś został oszukany raz, to
może się uznać za ofiarę przykrego wypadku, jeśli dwa razy, za szczególnego pechowca. Ale
jeśli ktoś jest robiony w konia regularnie, i to stale przez tych samych, i stale w taki sam
sposób, to chyba nawet będąc ostatnim idiotą powinien w końcu zadać sobie pytanie, czy
może nie popełnia w kółko jakiegoś zasadniczego błędu.
*
Mówiąc nawiasem, ta książka miała mieć nieco inny tytuł. Przyznam się: miała mieć tytuł
"Gówno chłopu nie zegarek" (takie powiedzonko, którego czasem używał mój Tata - dalszy
ciąg: "bo go będzie kłonicą nakręcał"), a podtytuł: "czyli co Polacy zrobili z niepodległością".
Dotąd żałuję, że zgodna opinia wydawcy i mojej żony przeważyła - może i mało kulturalny,
ale lepiej by ten tytuł oddawał moje autorskie zamiary. Inna sprawa, że i "polactwo"
wystarczy, aby ściągnąć na autora liczne wyrazy oburzenia. Ileż to razy zdarzało mi się
wysłuchiwać, że gardzę Polakami! Cóż, na to akurat odpowiedź jest prosta. Gdybym
naprawdę Polakami gardził, zbiłbym na tym grubą kasę. Zrobiłbym po prostu to samo co
Urban czy Lepper. Założyłbym pismo, przemawiające chamskim, prymitywnym językiem i
po chamsku mieszające wszystkich i wszystko z błotem, zgodnie z zasadą, że nic nie daje
strona 7
świni większej radości, niż wywodzenie, że wszyscy są takimi samymi jak ona świniami i
taplają się w tym samym błocku. Albo też założyłbym partię polityczną, cynicznie grając na
prymitywnych zawiściach prymitywnych ludzi, bluzgając ku uciesze hołoty Balcerowiczowi i
bez skrupułów obiecując wszystko, co tylko można obiecać, tak jak w drodze do dyktatury
czynił to Lenin. Ten sam Lenin, któremu kiedyś wypsnęło się w chwili szczerości, że aby
zostać prawdziwym bolszewikiem, trzeba sobie uświadomić, na jak bezgraniczną pogardę
zasługuje istota ludzka. Ciekawe, że podobne powiedzenie przypisuje się też jednemu z
amerykańskich magnatów telewizyjnych: pogarda dla widza, miał stwierdzić, zawsze
owocuje wzrostem oglądalności. W Polsce ta zasada się sprawdza, czy to w mediach, czy w
polityce. Tu pogarda żywiona dla ciemnej masy, podchodzenie do wyborców jak do bandy
matołów tak tępych, że można im wcisnąć każdą ciemnotę, stanowi najpewniejszą drogę do
władzy i płynących z niej profitów. Kto tak sobie właśnie wyobraża statystycznego Polaka,
ten jak dotąd doskonale na tym wychodzi.
Ale kto tymi ludźmi naprawdę gardzi, czy ja, nazywając ich polactwem, bo słowo
"Polacy" nie chce mi w odniesieniu do nich przejść przez usta - czy ci, którzy na ich
głupocie, naiwności i ślepej nienawiści do wszystkiego dokoła żerują, to już sobie Państwo
ustalajcie sami. Proszę tylko, żebyście raczyli uważnie przeczytać to, co piszę, zamiast, jak to
jest w Polsce we zwyczaju, wydawać opinię nie skażoną znajomością rzeczy.
*
Polacy mają w swej dawnej historii doświadczenie szczególne, obce większości narodów.
Polacy mieli kiedyś państwo, które stanowiło jedną z największych potęg ówczesnego świata,
górujące pod każdym względem nad sąsiadami, rozległe, obfitujące we wszystkie możliwe
bogactwa - i w ciągu kilku zaledwie pokoleń doprowadzili je do zagłady. Ich państwo
rozleciało się nagle jak domek z kart, nie dlatego, że najechała je jakaś potęga, której nie było
w stanie się przeciwstawić, nie wskutek jakichś kataklizmów, epidemii, trzęsień ziemi i
powodzi, ale dlatego, że po prostu do imentu przegniło. Nie miało ani władzy, ani egzekucji
praw, ani sprawnej gospodarki, ani aparatu sprawiedliwości, ani armii, ani obywateli, którzy
byliby gotowi w imię wspólnego dobra wyrzec się choć drobnej części swoich stanowych
przywilejów. Zabił je nie żaden historyczny determinizm, tylko głupota jego własnych
mieszkańców, ich zamiłowanie do powszechnego bałaganu, który zwykli utożsamiać z
wolnością, nieodpowiedzialność, intelektualna i moralna degrengolada, a wreszcie kompletny
brak elit politycznych, które byłyby w stanie zdefiniować narodowe interesy i kierować się
nimi. Osobliwość naszego narodu nie polega jednak na tym, że ma w swych dziejach taką
katastrofę - ale na tym, że od kilkuset lat żyjąc w jej cieniu, wypracował niepowtarzalną
umiejętność nieprzyjmowania tego co się stało do wiadomości i co za tym idzie,
niewyciągania ze swojej historii jakichkolwiek wniosków.
strona 8
Nieliczni Polacy, którzy zabrali się do analizy dziejów z bezlitosną pasją ich zrozumienia,
zostali wykpieni, odsądzeni od czci i wiary i oskarżeni o zdradę, jak historycy z otoczonej
przez potomnych pogardą krakowskiej szkoły. Nie wymagaliśmy nigdy od naszych
intelektualistów prawdy, bo prawda jest gorzka i kole w oczy, tylko "krzepienia serc",
utwierdzania stereotypów i mitów, jakie sobie na własny użytek stworzyliśmy (co zresztą
sprawia, że nasza literatura jest dla innych narodów niezrozumiałym dziwaczeniem).
Ulubionymi bohaterami polskiej wyobraźni nie byli kraczący realiści, tylko mitomani i
opowiadacze bajek, tacy jak Mickiewicz - zręcznie składający rymy wariat, który napisanymi
w sekciarskim omamie "Księgami narodu polskiego" na wiele pokoleń ogłupił polskie elity i
pozbawił je umiejętności logicznego myślenia. Do dziś w tej dawnej, upadłej
Rzeczypospolitej nie chcemy widzieć kraju, o którym ojciec nowożytnej ekonomii Adam
Smith odnotował zwięźle, że o ile mu wiadomo, nie produkuje się tu niczego prócz
najprostszych rzeczy, niezbędnych do domowego użytku. Kolejne pokolenia wolały patrzeć
na to oczami wieszcza: oto tyrani z ościennych krajów, którzy nie mogli patrzeć na wspaniałą
staropolską wolność, sprzysięgli się ukrzyżować im ojczyznę. I skutkiem takowej nauki, owe
pokolenia zamiast wziąć się do pracy, zakładać banki i budować koleje oraz fabryki, szły od
czasu do czasu "w pole", by tam dokonać "czynu zbrojnego". I były bardzo rozgoryczone, że
Pan Bóg nie wywiązuje się ze swych obowiązków i mimo regularnie składanych za ojczyznę
danin krwi, wciąż żadnego cudu z nami uczynić nie chce.
Komuniści, dyrygujący peerelowską edukacją, wpasowali tylko swoje propagandowe
potrzeby w stary schemat. Od małego waleni byliśmy na lekcjach historii w łeb wizjami złej,
warcholskiej szlachty, która swawoliła i wiodła Polskę ku zgubie - ale i dobrego,
postępowego ludu, który kierowany patriotyzmem o wolność walczył. Tu naród do boju
występuje z orężem i czarnymi od brudu paznokciami, a tu panowie sobie kurzą cygara i
radzą o czynszach. Innymi słowy: nie naród był winny. Naród robił, co mógł, tylko ta
wstrętna szlachta, ci panowie... Jakże bliskie to dzisiejszemu przekonaniu, że jako naród
jesteśmy jak najbardziej OK, tylko mamy skorumpowanych i podłych polityków.
Stopień, do jakiego Polacy wykrzywili i zafałszowali swoją własną historię, naginając ją
do narodowych mitów i powszechnego chciejstwa, to temat na osobną, grubą książkę, której
na pewno nie powinienem pisać ja, tylko jakiś historyk. Ale muszę o tym wspomnieć, bo na te
fałsze stale się nabijamy i ciągle muszę tłumaczyć, że, na przykład, minister Beck plótł
wierutne bzdury, twierdząc, jakoby jedyną rzeczą bezcenną był dla narodu honor, bo są
rzeczy dla narodu od honoru znacznie cenniejsze, i te właśnie, wskutek wyborów dokonanych
przez niego i jego kumpli, straciliśmy. Straciliśmy w imię dogodzenia honorowi sześć
milionów obywateli, w tym niemal całą elitę narodu, i 750 000 kilometrów kwadratowych
terytorium, a faktu, że honor udało nam się obronić, i tak nikt na świecie nie docenił ani
nawet nie zauważył. Naprawdę ktoś uważa, że było warto? Bo tacy, na przykład, Francuzi nie
kiwnęli dla swego honoru palcem w bucie, pobili wszelkie rekordy kolaboracji, a jedyne
strona 9
porządne oddziały wojskowe w całej wojnie światowej wystawili na froncie wschodnim w
ramach Waffen SS - i jakoś, dziwna sprawa, mają się dzisiaj znacznie od Polski lepiej!
Albo weźmy taką bzdurę: Konfederację Barską stale traktuje się u nas jako pierwsze
narodowe powstanie, a Targowicę jako symbol narodowej zdrady, podczas gdy w istocie obie
te konfederacje różnił tylko stosunek do Rosji i carycy Katarzyny, natomiast w zasadniczym
swym programie i w dziele demolowania Polski z pozycji patriotyczno-katolickich były tak
bliźniaczo podobne, zarówno w retoryce, jak i w obiektywnych skutkach, że można je
właściwie uznać za dwie odsłony tego samego ruchu społecznego.
Historyczna edukacja o dzielnym ludzie, łącząca propagandę marksizmu z romantycznym
badziewiem, ma swój udział w naszej powszechnej i opartej literalnie na niczym beztrosce.
Skoro Polskę do upadku doprowadziła szlachta, a dziś już szlachty nie ma, to drugi raz nic
nam nie grozi. A zresztą: przecież sam Papież - Polak powiedział, że "nie może być Europy
sprawiedliwej bez Polski niepodległej"!
Jakoś nikt nie pomyślał, że Europa może sobie w najlepsze istnieć nie będąc
sprawiedliwą. A jeśli będziemy kiedyś zmuszeni przyjąć to do wiadomości wobec takich a nie
innych faktów, to tylko po to, żeby mieć Europie za złe, że jest podła. Że Unia Europejska
miała zadbać o nasz dobrobyt, a NATO nas obronić, a tymczasem znowu nas zdradzili,
oszukali i porzucili.
*
Kto nie wierzy, może sprawdzić, że Adam Smith naprawdę tak właśnie o kraju naszych
przodków napisał: "W Polsce, o ile nam wiadomo, nie produkuje się niczego, z wyjątkiem
najprostszych rzeczy, niezbędnych dla gospodarstwa domowego, jakie wytwarza się
wszędzie".
Polskie inteligenckie elity mają z dawna nawyk niezajmowania się niczym, co ma
związek z gospodarką. Gospodarka to rzecz nieważna, drugorzędna. U nas najważniejszy jest
człowiek, a jeszcze lepiej, cała ludzka zbiorowość - lud, naród, społeczność. Właśnie dlatego
nie możemy zrozumieć tego nieszczęścia, które nas przed wiekami spotkało. Główna
przyczyna, dla której dawna Rzeczpospolita musiałaby upaść, nawet gdyby nie zawiązała się
Konfederacja Barska ani Targowicka, gdyby jakobini nie przeforsowali zagrażającej
rosyjskim interesom konstytucji ani gdyby polski system polityczny nie został całkowicie
sparaliżowany przez liberum veto, szlachecką anarchię i magnacką samowolę, została
zauważona tylko przez Anglika: Rzeczpospolita Obojga Narodów była rzadkim w dziejach
przykładem całkowitej nieproduktywności i niewiarygodnego wręcz przetrwonienia
ogromnych zasobów. Jej gospodarka ograniczyła się do sprzedawania na Zachód
ziemiopłodów i darów przyrody. Jedyną znaną naszym przodkom metodą maksymalizacji
zysków był coraz dalej idący wyzysk chłopstwa, aż do poziomu oznaczającego wtrącanie go
strona 10
w coraz gorszą nędzę oraz zacofanie, a także coraz bardziej rabunkowa eksploatacja lasów.
Dochody uzyskiwane w ten sposób kiedyś były zresztą ogromne. Nie tylko polscy magnaci
olśniewali bogactwem zachodnie dwory; także poziom życia skromnego mieszczanina czy
chłopa w szesnastym i jeszcze na początku siedemnastego wieku dla przeciętnego mieszkańca
zachodniej Europy stanowić mógł tylko niedościgle marzenie - i zresztą przez wieki płynął
stamtąd na nasze ziemie strumień osadników, szukających tu poprawy losu i znajdujących ją.
Mieszkańcy mniej przez Boga pobłogosławionych krajów zmuszeni byli imać się handlu i
rzemiosła, żeglowali, kombinowali, zakładali manufaktury i banki, wymyślali fundusze
asekuracyjne, czeki, obligacje - Polacy zaś wszystko, co samo nie urosło na polu, kupowali,
dopóki ich było stać, w najlepszym gatunku, i z czasem coraz bardziej utwierdzali się w
przekonaniu, że wszelka praca hańbi, a posiadanie w domu jakiegokolwiek wyrobu
krajowego to po prostu ostatni obciach. Od handlu był Żyd, od kuchni i opieki nad dziećmi
Francuz, szkło musiało być weneckie, sukno holenderskie, strzelba angielska. Trudno sobie
wyobrazić coś bardziej pasożytniczego i bezproduktywnego, niż szlachecka Rzeczpospolita
Obojga Narodów. Aż pewnego dnia Pan spojrzał na nią z góry i stwierdził, że trzeba z tym
skończyć.
*
Ta książka nie jest o tego rodzaju sprawach, ale skoro wlazłem w historię, wydaje mi się,
że dla przykładu warto wspomnieć o jednym z naszych największych, historycznych urazów
- wrześniu 1939 roku. Mamy o to straszny żal. Nasi sojusznicy obiecali nam pomóc, a
zdradzili. Myśmy poszli z bagnetem na czołgi żelazne, ufni w moc międzynarodowych
traktatów, a Anglia z Francją, ani pomyślawszy o swoim honorze, palcem nie kiwnęły, żeby
spełnić swe sojusznicze zobowiązania. Owszem, wypowiedziały Niemcom wojnę, ale na
wypowiedzeniu się skończyło. Aha, brytyjskie lotnictwo kilkakrotnie "zbombardowało"
Niemcy przy użyciu ulotek. Nosimy w sobie ten zapiekły żal i od czasu do czasu sobie o nim
przypominamy. Zresztą komuna dbała, żebyśmy nie zapomnieli. Tym, których los Ojczyzny
zdawał się cokolwiek obchodzić, zawsze sączyła w uszy: wrzesień 1939 i Jałta, Jałta i
wrzesień 1939, Zachód nas zdradził, zawsze nas zdradza, dla ruskiej okupacji nie ma
alternatywy, musimy się pogodzić, musimy się z Moskwą ułożyć, musimy się jej
podporządkować, bo nie ma innego wyjścia, Zachód nas sprzedał i zawsze sprzeda, wrzesień
1939, Jałta... Jak żyję, a ostatnich piętnaście lat żyję już przecież w wolnej Polsce, nie
słyszałem, aby ktokolwiek przedstawiał sprawę nieudzielenia nam pomocy wojskowej w roku
1939 inaczej, niż w tonie "sojusznicy nas zdradzili".
Ale pewnego dnia przyszło mi do głowy, że należy spojrzeć na to tak. Otóż, jak wiemy z
historii, kiedy władze II Rzeczypospolitej zdecydowały się na przyjęcie francusko-brytyjskich
gwarancji bezpieczeństwa, było to właściwie jednoznaczne z decyzją, że będziemy z Hitlerem
strona 11
walczyć. Skończyły się wszelkie możliwości negocjacji, wszelkie manewry. Nie oddamy ani
guzika, postawimy się zbrojnie, Anglia i Francja nam pomogą. Zgadza się?
Moja wiedza o historii politycznej nie jest wiedzą specjalisty. Ale z czasów chłopięcych
pozostało mi zamiłowanie do wojskowości. Lubię w wolnych chwilach czytać opracowania
dotyczące różnych konfliktów zbrojnych, bitew, rozwoju różnych rodzajów broni. Z tych
lektur wiem, że w 1939 roku polscy wojskowi zdawali sobie sprawę z miażdżącej przewagi
militarnej hitlerowskich Niemiec. Oczywiście, mieli pełne prawo nie spodziewać się, że
poniesiemy klęskę tak szybko - Blitzkrieg był wtedy czymś zupełnie nowym i każda armia
świata, poza wyznającą tę samą agresywną doktrynę co Niemcy armią sowiecką, byłaby
zaskoczona. Nasi dowódcy mogli liczyć, że utrzymamy się dwa, trzy miesiące. Pół roku na
pewno nie. Ale choćby i tyle, na wygranie wojny nie mieliśmy szans. Pomoc zachodnich
mocarstw była tu sprawą kluczową.
Ale w tym właśnie cała sprawa, że mocarstwa te pomóc nam militarnie nie były w stanie.
Przez całe dwudziestolecie, pod naciskiem swych wyborców, rządy tamtejsze systematycznie
się rozbrajały. Wielka Brytania w roku 1939 praktycznie w ogóle nie miała jednostek
pancernych, a jej nieliczne czołgi były powolne i przestarzałe. Francja cały wysiłek włożyła w
ufortyfikowanie granicy i fizycznie nie była zdolna do jakiejkolwiek akcji zbrojnej poza
obroną "linii Maginota". To, że maszyna Blitzkriegu złamała polską obronę praktycznie w
ciągu dziesięciu dni, niewiele zmieniało. Gdyby ta obrona trwała dwa czy trzy miesiące,
Anglia z Francją też nie zaatakowałyby w tym czasie Niemiec, bo po prostu nie miały czym!
Potencjał zbrojny naszych sojuszników nie był, sprawdzałem w źródłach z epoki,
nieznany. Zresztą w państwie demokratycznym nigdy nie ma możliwości, aby takie dane
ukryć, tajemnicą da się otoczyć najwyżej pewne szczegóły. Mówi się, że podpisując owe
sławne gwarancje, Francja i Anglia doskonale sobie zdawały sprawę, iż pomocy nam nie
udzielą. Cóż za cynizm, przyjęło się to komentować. No, owszem, cynizm. Ale zapytajmy: a
co nasi politycy? Czy oni tego wszystkiego nie wiedzieli? Jeśli nie zadali sobie trudu
sprawdzić, jaki jest rzeczywisty potencjał tych, którzy nam swoje gwarancje obiecali, i
zastanowić się, na ile perspektywa ich pomocy jest realna - to wypada stwierdzić, że byli
idiotami. Jeśli zaś to wiedzieli, i mimo to podpisali układ, który oznaczał dla bezbronnego
kraju nieuchronną klęskę i rzeź - to byli idiotami tym bardziej. Dlaczego uparcie, od pół
wieku, nie chcemy tego przyznać, tylko nosimy w sobie pretensję do zachodnich aliantów o
głupotę naszych własnych przywódców?
W Polsce się takich pytań nie zadaje. Wielka szkoda. Nie pytając o historię, nic się z niej
nie uczymy. Nie ucząc się, w kółko wpadamy w te same pułapki i popełniamy te same
głupstwa, a jedyną reakcją są tym głośniejsze lamenty.
strona 12
Ale Polacy mają jeszcze bardziej niepowtarzalne, niewiarygodne i pozbawione
jakiegokolwiek precedensu doświadczenie w swej historii - tym razem tej najnowszej. Przez
parę lat świat przecierał w zdumieniu oczy, nie dowierzając, że zrujnowany przez komunizm
kraj może się podnosić w takim tempie. Dziś, gdy szuka się modelowego przykładu
gospodarczego i cywilizacyjnego awansu, wszyscy mówią o Irlandii. A przecież Polska przez
tych kilka pierwszych lat była od Irlandii znacznie lepsza. W ciągu tych kilku lat po
ustrojowej transformacji powstało w Polsce, kraju niespełna 40-milionowym, 6 milionów
nowych miejsc pracy. W ciągu tych kilku lat roczne inwestycje sięgały 10 miliardów dolarów
- dziś nie ma co o podobnym wyniku marzyć. Produkt Krajowy Brutto rósł w tempie 5-7
proc. rocznie. Powstały 3 miliony nowych firm, głównie małych, rodzinnych. Jeszcze dziś, w
początkach roku 2004, widać skutki tamtego rozpędu - jeśli policzyć, ile mamy w Polsce
małych firm, wypadamy w tej klasyfikacji wcale nieźle. A jeśli policzyć studentów na 100
tysięcy mieszkańców, to okaże się, że jest ich więcej niż w jakimkolwiek kraju europejskim,
więcej nawet, niż w Japonii. Nawet biorąc poprawkę na "szkoły wyższe" założone tylko po
to, by dawać chroniące przed deportacją papiery studenckie ruskim prostytutkom i
"cynglom".
Na początku lat dziewięćdziesiątych świat przyglądał nam się z autentycznym podziwem.
Sam, jak większość rodaków, dopiero wtedy zacząłem wyjeżdżać na Zachód i spotykać się z
ludźmi stamtąd. Polskie sukcesy gospodarcze zawsze były tym, od czego zaczynali oni
rozmowę. Mogła to być, oczywiście, kurtuazja. Ale renomowane zachodnie pisma nie miały
żadnego interesu w tym, żeby bawić się wobec nas w kurtuazję, przeciwnie, nigdy nie miały
żadnych oporów, by bezkrytycznie powtarzać stereotypy o "polskim antysemityzmie" czy
wręcz "polskich nazistach" - a wystarczy przejrzeć, co tych kilkanaście lat temu pisały o
naszych sukcesach. Widziano w nas kraj bezprzykładnego rozwoju, nowych możliwości,
nadziei. Zwłaszcza że o miedzę graniczyły z nami wschodnie Niemcy. Wschodnie Niemcy -
porównajcie tylko, bo to dobry przykład. Bonn wpompowało w nie w ciągu piętnastu lat
półtora biliona dojczemarek. Półtora biliona! Piszę po polsku, nie angielsku, jak to się pod
wpływem zalewu złych tłumaczeń zdarza coraz większej liczbie niedouczonych żurnalistów,
nazywam więc bilionem tysiąc miliardów, liczbę zapisywaną jedynką z dwunastoma zerami.
Tyle właśnie zachodnioniemieckich marek wsiąkło w ciągu dziesięciu pierwszych lat w
"enerdówek", i - wbrew wszystkim mitom o niemieckiej zaradności, organizacji i
pracowitości - na próżno. Gdyby Niemcy uzyskali tam rezultaty choć w połowie tak dobre,
jak ci Polacy, z których lenistwa i bałaganiarstwa tak bardzo lubią się śmiać i od których
czują się bezgranicznie lepsi, porobiliby się ze szczęścia. Ale jak na razie enerdówek
pozostaje wielkim, walącym się skansenem, z którego młodzi i zdolni pryskają jak tylko
mogą na Zachód, i po którym kolejne miliardy, teraz już euro, rozpływają się bez śladu.
Ale ten polski zryw potrwał raptem kilka lat. Kilka lat wystarczyło, by Polacy
znienawidzili samych siebie, wolny rynek, kapitalizm i wszystko, co przyszło po roku 1989,
strona 13
by rzucili się w amoku wstrzymywać zmiany, restytuować kawałek po kawałku PRL i
trwonić pierwsze owoce świeżo odniesionego sukcesu. Już w 1993 wyrokiem
demokratycznych wyborów powrócili do władzy komuniści i wkrótce potem zmiany w
kluczowych sferach życia publicznego zostały zatrzymane. W 1995 miłość do peerelu
wprawiła polactwo w szał uwielbienia dla Aleksandra Kwaśniewskiego, przeciętnego
aparatczyka, człowieka żenująco małego formatu, o życiorysie drobnego cwaniaczka i
charyzmie biurowego bawidamka, na dodatek wielokrotnie przyłapywanego na nieudolnych
krętactwach. A potem już poszło niepowstrzymaną lawiną. Kto nie zaczynał wykładu swej
"myśli politycznej" od lamentu nad tym, jak to Polska została zniszczona, doprowadzona do
ruiny, wyprzedana za bezcen, kto nie krzyczał, że Polacy żyją w nędzy i biedzie, kto nie
obiecywał, że skończy z tym "wilczym kapitalizmem" i przywróci socjalne bezpieczeństwo,
ten w ogóle nie miał czego w polityce szukać - wola ludu zmiatała go w niebyt.
Nic tej chorobliwej sytuacji nie obrazuje bardziej dobitnie, niż nienawiść, jaką żywi
polactwo do człowieka uważanego za symbol polskich przemian. Leszek Balcerowicz jest
jednym z nielicznych Polaków, których nazwisko jest dziś rozpoznawane na świecie. Jako
ekonomista jest ceniony do tego stopnia, że całkiem poważnie rozważano jego kandydaturę
do Nobla. Na posiedzeniach tuzów światowej gospodarki traktowany jest z całą powagą jako
jeden z ważniejszych członków zgromadzenia, każdy zachodni uniwersytet, na którym zechce
wygłosić wykład, poczytuje to sobie za zaszczyt, a ostatnio znalazł się w czwórce
kandydatów do kierowania Międzynarodowym Funduszem Walutowym.
U nas tymczasem, w Polsce, wychodzi, ot, taki sobie wsiowy cwaniaczek, wykształcenie
rolnicze zawodowe, i publicznie nazywa profesora Balcerowicza idiotą. "Ekonomicznym"
idiotą, uściśla, i dodaje do tego jeszcze bandytę, łobuza tudzież szereg innych kwiecistych
epitetów. Ale te na razie zostawmy, skupmy się tylko na tym drobnym fakcie, że oto
ekonomiczną wiedzę człowieka wysoko cenionego przez największych w tej dziedzinie
fachowców na świecie u nas weryfikuje negatywnie osobnik, który skończył przysłowiowe
trzy klasy i czwarty korytarz. A polactwo, które tego słucha, zamiast parsknąć śmiechem i
posłać głąba, gdzie jego miejsce, do kopania buraków - bije mu brawo! Prawie jedna trzecia
zgłasza gotowość wybrania go premierem Rzeczypospolitej, a pięćdziesiąt parę procent
deklaruje w badaniach, że ufa właśnie jemu, nie Balcerowiczowi.
Akurat teraz, gdy siedzę nad tą książką, usiłując natłok ponurych myśli o przyszłości,
którą sobie szykujemy, ująć w jakąś nadającą się do czytania formę, polski Sejm po raz
kolejny zamienia się w przedwyborcze targowisko głupoty i obietnic bez pokrycia. Po
niesławnych rządach Leszka Millera postkomunistyczny Sojusz Lewicy Demokratycznej
rozpękł się na dwie części, uwolniona spod jego kurateli partia-huba, Unia Pracy, zamarzyła o
samodzielności, a "Samoobrona" wyrosła w sondażach na pierwszą siłę polityczną kraju. A
zarazem realna stała się perspektywa przyspieszonych wyborów. Musiało się to, oczywiście,
skończyć histeryczną licytacją, kto bardziej jest "po stronie ludzi", kto więcej im da, kto
strona 14
goręcej współczuje i tak dalej. Bardzo charakterystyczną rzeczą jest, kto pierwszy padł ofiarą
tej wojny. Otóż - dwóch profesorów z lewicy, Hausner i Belka. Pierwszą, rytualną deklaracją,
jaką, chcąc nie chcąc (przeważnie chcąc), złożyć musieli wszyscy ścigający się z Lepperem
do łask polactwa, było stanowcze odcięcie się od nich. Hausner, jeszcze parę tygodni
wcześniej przedstawiany przez lewicę jako zbawca narodowej gospodarki, nagle stał się dla
tejże lewicy śmierdzącym jajem, które każda z lewicowych partii najchętniej
podkukułczyłaby konkurencji. Od Belki odcięły się wszystkie lewice niemal rutynowo, jako
od "liberała". Jeśli mimo to przejdzie, to tylko dlatego, że większość posłów doskonale wie,
że do następnego Sejmu już się nie załapie, i szkoda im tracić diety za jeszcze bez mała rok
urzędowania.
Ktoś mógłby sądzić, że w Polsce, zniechęconej do swych polityków i do partyjniactwa,
hasło "rządu fachowców" zyska wielki poklask i liderzy polityczni, świadomi, że wyborcy
pilnie ich obserwują i wkrótce wydadzą wyrok, będą się musieli zgodzić na oddanie zarządu
nad państwem specjalistom od ekonomii i administracji publicznej, zamiast po staremu
dzielić ministerstwa według partyjnego parytetu i potrzeb zachowania równowagi między
koteriami. A tymczasem, wręcz przeciwnie - okazało się, że w zgodnej opinii większości
poselskich klubów premier właśnie w tej sytuacji "musi" rekrutować się z grona polityków.
Dlaczego? W załganym języku polskiej polityki grzech Belki i Hausnera nazywa się
"liberalizmem". Ale nie warto sięgać do słownika wyrazów obcych - ludzie, którzy ten
załgany język stworzyli i którzy się nim posługują, też tam nigdy w życiu nie zajrzeli. W
polszczyźnie politycznej słowo "liberał" nie ma nic wspólnego z liberalizmem jako doktryną.
Jest to po prostu rytualna obelga, znacząca mniej więcej tyle, co "ten co nie chce dawać
pieniędzy potrzebującym, a nawet jeszcze je im zabiera".
Liberałami we właściwym sensie tego słowa ani Belka, ani Hausner nie są w
najmniejszym stopniu. Pierwszy, od zawsze mile widziany na lewicowych salonach, jest po
prostu ekonomistą, cenionym przez środowiska fachowe na świecie, jednym z tych, którzy,
gdy pojadą do Davos czy na Wall Street, traktowani tam są poważnie - takich ludzi nie mamy
w Polsce zbyt wielu, więc wydawałoby się, że tych, których mamy, powinniśmy się starać
należycie wykorzystać. Hausnera natomiast można wręcz uznać za lewicowca całą gębą.
Współzałożyciel i aktywny działacz krakowskiej "Kuźnicy", stowarzyszenia, które chciało
naiwnie budować intelektualne zaplecze dla SLD (naiwnie, bo partii towarzyszy Szmaciaków
zaplecze intelektualne potrzebne było akurat jak zawiasy w plecach), we wszystkich swych
działaniach starający się realizować wskazania "sprawiedliwości społecznej" i mimo
wszystkich swych przykrych przygód z głupimi i egoistycznymi watażkami ze związków
zawodowych zawsze podkreślający znaczenie "społecznego dialogu", równoważenia
interesów pracodawców i pracobiorców oraz innych tego rodzaju bzdur z lewicowego
dekalogu. Tyle, że przy tym mający dobre rozeznanie, co to finanse publiczne, jak działa
administracja państwa, jak namnażają się w niej zbędne koszty i nadużycia, i zdecydowany
strona 15
owe patologie zlikwidować. I to właśnie wystarczyło, aby zyskać mu miano "liberała", a jego
ograniczony do najniezbędniejszego minimum plan uracjonalnienia walących się finansów
państwa uczynić "antyspołecznym", "antyludzkim" i "wymierzonym w najbiedniejszych".
W załganym języku polskiej polityki "liberał" oznacza człowieka, który twierdzi, że dwa
plus dwa równa się cztery - i że to się nigdy nie zmieni, mimo jednogłośnych uchwał komisji
krajowej czy Wysokiej Izby. Człowieka, który przestrzega, że nie można wydać więcej, niż
się ma w kasie, ani pożyczyć więcej, niż się będzie w stanie oddać. W ten sposób "liberałem"
staje się u nas każdy, kto ma szczyptę zdrowego rozsądku i podstawową wiedzę. Zwłaszcza
staje się nim, z urzędu, każdy profesor, choćby tak oddany lewicowym ideałom, jak Hausner.
"Dobry fachowiec, ale bezpartyjny" - brzmiał za czasów peerelowskiego syfu wyrok, który
dyskwalifikował w przedbiegach kandydata do stanowisk zarezerwowanych dla partyjnych
kolesiów. Przykłady Belki i Hausnera pokazały, że w III RP, po piętnastu latach jej
funkcjonowania, tę samą moc zaczęła mieć w politycznych elitach zasada odwrotna: "dobry
partyjny, ale, niestety, fachowiec". A partia, zwłaszcza lewicowa, a która nie jest u nas
lewicowa, nie może sobie pozwolić, żeby popierać fachowca. Bo fachowiec, jako się przed
chwilą rzekło, to "liberał", a liberał to ten, przez którego nie można dodrukować pieniędzy na
zasiłki, renty, emerytury, służbę zdrowia, skupy interwencyjne i dopłaty do węgla. Bo jeszcze
się oburzone popieraniem kogoś takiego resztki elektoratu lewicy wypną ostatecznie na
swych dawnych ulubieńców z SLD-UP-PSL oraz na innych i pójdą do Leppera, serwującego
im te same, po raz nie wiedzieć który odgrzane głodne kawałki o sprawiedliwości społecznej,
tylko uwiarygodnione argumentem, że on jeszcze nie rządził.
Skoro wspominałem tu o profesorze Balcerowiczu - a w książce o polactwie trudno o
nim nie wspominać, zważywszy, że jest dla tegoż polactwa wcieleniem wszelkiego zła i
ulubionym celem do plucia - to jego przykład pokazuje, iż choroba Polski objawia się
najgłębszą pogardą nie tylko dla kwalifikacji fachowych, ale także moralnych.
Być może ktoś zechce mi wyrzucać, uważając to za niekonsekwencję, że w początkach
swojej publicystyki więcej z Balcerowiczem wojowałem, niż go chwaliłem i bodaj nawet
nazwałem go gdzieś w felietonistycznym ferworze "znachorem". I owszem, w początkach lat
dziewięćdziesiątych wiele mi się w firmowanych przez Balcerowicza reformach nie podobało
- choć nigdy nie napisałem niczego, co współbrzmiałoby z tonem krytyk różnych
"pożytecznych idiotów" z prawicy, którzy potępiając Balcerowicza za "doktrynalny
monetaryzm", "wyprzedaż majątku narodowego" i "niszczenie Polski" oraz w czambuł
krytykując wszystkie skutki zmian po roku 1989, z wolnym rynkiem na czele, mościli
komunistom drogę powrotu do władzy równie skutecznie, jak czynił to Adam Michnik swoją
faryzejską publicystyką i toastami. Miałem za złe Balcerowiczowi coś dokładnie odwrotnego:
zbyt powolne tempo zmian. To, że skupił się na kwestiach makroekonomicznych, zaniedbując
dekomunizację aparatu skarbowego, że nie przeciwdziałał łupieniu państwowych banków,
których pezetpeerowscy prezesi rozdawali majątki w formie kredytów "na wieczne
strona 16
nieoddanie" spółkom zakładanym przez partyjnych i ubeckich kolesiów, że zaniedbał
reprywatyzację, zbyt wolno prowadził prywatyzację, że nawet nie wziął pod uwagę
możliwości, by konieczną dla ratowania państwa operację likwidacji tzw. nawisu inflacyjnego
połączyć z jakąś formą uwłaszczenia obywateli na majątku państwa, co mogłoby
zrównoważyć poczucie przeciętnego Polaka, że nowy ustrój obrabował go z dorobku życia.
Dzisiaj doskonale sobie wyobrażam argumenty, których można by użyć do odpierania tych
zarzutów, jakie wtedy stawiałem, i zresztą jestem gotów do podjęcia sporu, choć cokolwiek
byśmy ustalili, teraz i tak nie ma to już żadnego praktycznego znaczenia. Ale te sprawy nie
mają żadnego wpływu na stwierdzenie faktu, w moim przekonaniu jak najbardziej
oczywistego, że Leszek Balcerowicz okazał się jednym z bardzo rzadkich w najnowszej
historii Polski przypadków autentycznego patrioty i człowieka oddanego idei.
Mówię o tym w tym akurat miejscu, bo trudno o przykład bardziej dobitny. (...)
Krótki fragment książki: Rafała A.Ziemkiewicza -Polactwo
Na koniec!
Chce pogratulować Ci dotrwania końca. Jednocześnie mam nadzieję że Twój pogląd diametralnie się zmienił. Zapraszam jednak do kupna pełnej wersji książki.
Na wszelkie pytania dotyczące serwisu odpowiem pod adresem gazetowo@gmail.com
Z poważaniem Radosław M.